Siedzę na podłodze w kuchni.
Jest noc. Wszyscy śpią.
A ja pierwszy raz od dawna pozwalam sobie nie udawać. Bo nie radzę sobie jako rodzic
Pozwałam sobie:
Nie udawać, że sobie radzę.
Nie udawać, że wiem, co robię.
Nie udawać, że jestem „dobrym rodzicem”.
Bo prawda jest taka, że nie radzę sobie jako mama.
I coraz częściej myślę, że coś jest ze mną nie tak.
W ciągu dnia jestem „ogarnięta”.
Robię śniadania, odwożę, odbieram, pracuję, sprzątam, ogarniam życie.
Uśmiecham się do ludzi.
Czasem nawet ktoś powie: „Podziwiam cię, jak ty to wszystko ogarniasz”.
I wtedy mam ochotę krzyczeć:
„Nie ogarniam. Ja po prostu nie mam wyboru.”
Bo nikt mnie nie nauczył, jak być rodzicem.
Nikt nie powiedział, co zrobić, kiedy dziecko krzyczy, a ja czuję, że zaraz sama zacznę krzyczeć.
Nikt nie pokazał, jak rozmawiać, kiedy w środku mam chaos, zmęczenie i złość.
Wpisuję czasem w Google:
- „nie radzę sobie z dzieckiem co robić”
- „jestem złą matką co robić”
- „jak nie krzyczeć na dziecko”
- „czuję się bezsilna jako rodzic”
- „macierzyństwo mnie przerasta”
- „dlaczego nie mam cierpliwości do dziecka”
Czytam.
Zamykam.
I dalej nie wiem.
Są takie momenty, kiedy patrzę na swoje dziecko i wiem, że je kocham.
Ale są też takie, kiedy czuję tylko zmęczenie.
I wstydzę się tego bardziej niż czegokolwiek innego.
Bo przecież matka powinna być cierpliwa.
Powinna być spokojna.
Powinna wiedzieć.
A ja nie wiem.
Czasem reaguję tak, jak nie chciałam.
Podnoszę głos.
Mówię słowa, których potem żałuję.
Obiecuję sobie: „od jutra będzie inaczej”.
A potem przychodzi jutro.
I znowu nie jest inaczej.
I zaczynam się zastanawiać:
czy ja w ogóle potrafię być dobrą mamą?
Najgorsze są te chwile po wszystkim.
Kiedy dziecko już śpi.
A ja siedzę i analizuję każdy moment dnia.
Każde „nie mam teraz czasu”.
Każde „zaraz”.
Każde „przestań”.
I myślę:
„mogłam inaczej”
„mogłam lepiej”
„mogłam być spokojniejsza”
Tylko nikt mi nie powiedział – jak.
Nie mówię o tym nikomu.
Bo każdy wokół jakoś sobie radzi.
Bo na Instagramie wszyscy mają cierpliwość, bliskość i piękne relacje.
Bo jak powiem, że sobie nie radzę jako rodzic, to co wtedy?
Że jestem słaba?
Że się nie nadaję?
Więc milczę.
Ale prawda jest taka, że takich jak ja jest więcej.
Rodziców, którzy czują się bezsilni.
Którzy chcieliby wychowywać inaczej, ale nie wiedzą jak.
Którzy kochają swoje dzieci, a jednocześnie czują, że codzienność ich przerasta.
Rodziców, którzy nie mieli wzoru.
Którzy nie dostali narzędzi.
Którzy uczą się wszystkiego w biegu – na błędach, na zmęczeniu, na łzach.
Czasem myślę, że największym ciężarem nie jest samo rodzicielstwo.
Tylko to, że trzeba w nim być samemu.
Z pytaniami.
Z wątpliwościami.
Z poczuciem, że „inni wiedzą lepiej”.
A ja po prostu chciałabym, żeby ktoś kiedyś powiedział:
że można nie wiedzieć,
że można się pogubić,
że można kochać i jednocześnie nie radzić sobie.
I że to nie znaczy, że jesteś złym rodzicem.
Bo ja naprawdę chcę inaczej.
Chcę być spokojniejsza.
Chcę rozumieć swoje dziecko.
Chcę nie krzyczeć.
Chcę budować relację.
Tylko…
nie wiem jak.
I to boli najbardziej.


